piątek, 24 października 2025

WIELKI CZWARTEK

"Było to przed Świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra on rzekł do Niego: "Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?". Jezus mu odpowiedział: "Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział.". Rzekł do Niego Piotr: "Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał.". Odpowiedział mu Jezus: "Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną.". Rzekł do Niego Szymon Piotr: "Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę!". Powiedział do niego Jezus: "Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy.". Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: "Nie wszyscy jesteście czyści.". A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: "Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy mnie nazywacie "Nauczycielem" i "Panem", i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni nawzajem umyć sobie nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to, będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować. Nie mówię o was wszystkich. Ja wiem, których wybrałem; lecz [potrzeba] aby się wypełniło Pismo: Kto ze Mną spożywa chleb, ten podniósł na Mnie swoją piętę. Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że JA JESTEM. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, , przyjmuje Tego, który Mnie posłał."."

(J 13,1-20)



Podczas nabożeństwa, kiedy kapłan pochylił się nad bosymi księżmi i ministrantami, aby umyć im stopy, przeszedł mnie prąd wewnętrznego napięcia i wzruszenia jak nigdy dotąd i scenę Ostatniej Wieczerzy kontemplowałam całą sobą w tak bezkompromisowo namacalny sposób jakbym była jej żywym współuczestnikiem. Na wskroś wówczas przeszył mnie strach odczuwany przez Chrystusa, który już wiedział, że stoi u progu Swej Męki koniecznej do przejścia w pokorze i milczeniu, w zgodzie z wolą Ojca Wszechmocnego ofiarującego Swego Syna Jednorodzonego w imię Miłości do człowieka i w imię jego zbawienia, po czym dziś świat depcze obojętnością oraz pogardą, lekceważeniem i ignorancją niczym po jesiennych liściach butwiejących w kałużach jesiennego deszczu.

Któż z nas nie odczuwały przerażenia w obliczu zagrożenia życia? Kto by się nie bał starcia z własną śmiercią, zapowiadającą się niemiłosiernym cierpieniem i bólem? Kto z nas bez strachu i napięcia świadomie, i ulegle wsunąłby swe ramię pod Krzyż, i ruszył Drogą Męki Pańskiej na miejsce swego ukrzyżowania bez asysty personelu medycznego, bez leków przeciwbólowych czy narkozy ogólnej, by zmysły każdym neuronem doświadczyły potworności demonów drzemiących w ludzkiej naturze?

Przerażenie, które płonęło w Jezusie opasającym się białym prześcieradłem i przygotowującym się do Ostatniej Wieczerzy, parzyło moją duszę. Czułam napięcie i strach, przeogromny smutek, ale i zaskakującą pokorę, i zgodę na wypełnienie się Słowa. Sprzeczne ze sobą emocje buzowały we mnie i wrzały niczym woda w gwiżdżącym czajniku łaskotanym płomieniami przeobrażającymi ciecz w parę.

Jakże On się zmagał z ciężarem wiedzy i świadomości doświadczenia, które musiał przyjąć i wypełnić. Jakże płonął w żywiole uczuć oraz emocji serwowanych przez ludzkie ciało w jakim Bóg zdecydował się objawić człowiekowi Swego Syna. Jakże się bał, prosząc: "Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode mnie ten kielich" (Łk 22,42), a mimo to pokornie zgodził się z własnym losem, przyjmując Swe przeznaczenie na przekór odczuwanej i dręczącej Go trwogi konania w cierpieniach poprzez z odwagą oraz oddaniem wypowiedziane słowa: "Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!" (Łk 22,43).

Czując to uniżenie Boga odzieranego z wszechmocy przez słabości ludzkiego ciała, skłonnego do paraliżującego je przerażenia, broniącego się strachliwie przed bólem, odczytałam ów akt lęku Chrystusa modlącego się w Ogrójcu jako wyznanie Samego Stwórcy, zapewniającego nas nie tylko o Swej Rodzicielskiej Miłości, ale również zapewniającego nas o tym, że nic, cokolwiek jest nami jako istotą z krwi i kości, nie jest Mu obce, że to, czego doświadczamy na własnej skórze jest także Jego udziałem, że gdy cierpimy, On cierpi, gdy jesteśmy smutni, On się smuci... Ten akt stał się dla mnie wyciągniętą w moim kierunku dłonią Ojca, który owym gestem zachęca mnie do odwagi, do zawierzenia Mu siebie w pełnym słowa znaczeniu mego istnienia - mojej egzystencji, do pójścia za Nim mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Ten akt to drogowskaz jedynej drogi w bezpiecznym dla człowieka kierunku - w kierunku Życia, a nie - jakby się wydawało - śmierci.

Nie jest to łatwa droga, zwłaszcza dla człowieka przywiązanego do doczesności, uzależnionego od przyziemności, rozkochanego w dobrobycie i przywilejach z nim związanych czy niepotrafiącego zaakceptować samotności oraz ciszy z powodu towarzystwa, którego pragnie być częścią za wszelką cenę na swoją chwałę i cześć - dla człowieka egocentrycznego, egoistycznego, pysznego, nieposiadającego łaski wiary.

Jedynym ratunkiem dla takiego właśnie człowieka jest Jezus. Z tego też powodu tylko przez Chrystusa możemy dotrzeć do Ojca, ponieważ to On właśnie - Zbawiciel jest w stanie uwolnić nas od wszystkich zniewoleń wymienionych wyżej, gdyż taka była (i jest!) wola Boga objawiona formą kielicha symbolizującego Mękę Pańską przyjętą przez Mesjasza z pokorą. Obleczony więc w białe prześcieradło pochyla się nad nami, by nas umyć i by Swym odzieniem zetrzeć z nas brud, byśmy - jak zapowiada w rozmowie z Piotrem - "mieli z Nim udział" (J 13,8). Nikt i nic nie jest Tym, który nas łączy z naszym Stwórcą jak Chrystus. Tylko poprzez Jednorodzonego Syna Bóg dał człowiekowi możliwość dostąpienia zbawienia i tym samym Królestwa Niebieskiego. Uniżył Jezusa, by Ten stał się Jednym z nas, przyjmując ciało z Maryi Dziewicy za sprawą Ducha Świętego, by z nami żyjąc na co dzień, ukazał nam Ojca Przedwiecznego w Swojej Osobie, by nas w Nim rozkochał, by nas wzmocnił wiarą oraz nadzieją i zachęcił do przyjęcia Miłości, która nie jest łatwa, ale która jest gwarancją pokonania śmierci. Nie ma więc innej możliwości jak Chrystus. To On jest Drogą, Prawdą i Życiem. To On może nas oczyścić, uzdrowić, uwolnić i zbawić. To On obmywa nas wodą symbolizującą Życie i osusza białym prześcieradłem, w które jest odziany, symbolizującym z kolei nieskazitelność, czystość, idealność - doskonałość, a więc symbolizującym cechy obce ludzkiej naturze, a będące Tym, Kim jest Bóg w Swej Postaci.

Podczas nabożeństwa, kiedy kapłan, wcielający się w rolę Jezusa, obmywał bose stopy księży oraz ministrantów znajdujących się przed ołtarzem, przeszyła moje serce Ewangelia według świętego Jana pobrzmiewająca głosem Chrystusa, odpowiadającego na prośbę Piotra zwracającego się do Pana słowami, by Ten nie tylko nogi jego umył, ale i ręce, i głowę (J 13,9). Wówczas - w tym (jakże niezwykłym) momencie prowadzonej podczas Ostatniej Wieczerzy rozmowy - pada wyjaśnienie objawiające człowiekowi warunek dostąpienia zaszczytu bycia zbawionym. Jezus bowiem odpowiada Piotrowi, mówiąc: "Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty" (J 13,10).

Cóż to oznacza?!

Iluż z nas jest częścią Kościoła Świętego, tworzącą gliniany fundament Tejże Instytucji podmywany codziennością i podbierany doczesnością - fundament osłabiający Tę Instytucję i narażający Ją na upadek oraz zniszczenie? Iluż z nas ze szczerym, gorliwym sercem uczestniczy we Mszy Świętej? Iluż z nas pragnie Boga i Go kocha, ale w chwilach trudnych, bolesnych, przykrych i niepożądanych doświadczeń odwraca się od Niego, w Nim szukając winy za wszelkie zło jakiego stajemy się ofiarami a jakiego sprawcami sami nierzadko jesteśmy? Iluż z nas rozpływa się w uwielbianiu Pana, kiedy jesteśmy świadkami cudów, a za progiem Kościoła iluż zrzuca z ramion płaszcz świętości, by poświęcić się doczesnemu życiu i to bez reszty, bez opamiętania?

Nierzadko dusza pragnie Boga, a ciało jej się zuchwale sprzeciwia i zdradza ją w imię przywiązania do przyziemności, czego symbolem są stopy człowieka - część owego ciała mająca bezpośredni kontakt z ziemią, realnie, bo zmysłowo odczuwająca materialną strukturę ludzkiej egzystencji a tym samym rodząca w człowieku poczucie stabilności oraz kontroli nad sobą i wszystkim, co go otacza. Twardo stąpając drogą codzienności ku lepszemu jutru, mamy złudne wrażenie, że posiadamy wpływ na nasze życie, że decyzjami i działaniami jesteśmy w stanie osiągnąć wszystko, co tylko chcemy (stąd nadużywane współcześnie przekonanie: "chcieć to móc, a móc to chcieć") zapewniając sobie bezpieczeństwo i szczęście. Tymczasem, wcierając nasze stopy w bruk obieranych przyziemną wędrówką szlaków, kochając Boga i pragnąc Jego Obecności w naszych codziennych zmaganiach, potrafimy się od Niego oddalić i wobec Niego uodpornić, zwłaszcza w chwilach rozczarowania, niepowodzenia, porażki, straty, cierpienia - tego, co jest zaprzeczeniem hedonizmu. W relacjach z Ojcem Przedwiecznym dbamy o dystans, bojąc się zawierzenia Mu wszystkiego, kim jesteśmy i czym siebie określamy. Pragnienie nie! stracenia kontroli nad tym, co w nas się dzieje i co rozgrywa się wokół nas, okazuje się silniejsze od Miłości, którą jest Bóg, a której nie potrafimy przyjąć, ponieważ nie umiemy lub obawiamy się Tę Miłość odwzajemnić, gdyż owa umiejętność wiąże się z całkowitym wyrzeczeniem się siebie, z bezgranicznym zaufaniem naszemu Panu, poddaniem się Jego woli - to jak przejście z nóg na wózek inwalidzki pchany przez Chrystusa lub na ramiona Jezusa przenoszącego nas przez wszystkie ścieżki oraz zakręty doczesnej tułaczki. Lęk przed utratą kontroli jest strachem przed utratą niezależności jaką symbolizuje zdolność poruszania się i chodzenia wszędzie tam, gdzie chcemy dotrzeć. Stopy, którymi siła grawitacji przykleja nas do podłoża, są ucieleśnieniem prawa do spełniania własnej woli.

Jesteśmy (w większości chrześcijańskiej populacji) niczym święty Piotr. Mamy bowiem czyste głowy i ręce, ale brudne i pokryte kurzem doczesnej tułaczki stopy. Myślami i słowem oraz czynem wielbimy Boga, przestrzegamy świąt i uczestniczymy w nabożeństwach, potrafimy okazać potrzebującym pomocy i wsparcia dobre serce, staramy się żyć według Przykazań, ale kiedy tracimy grunt pod nogami, kiedy doświadczamy czegokolwiek wbrew naszej woli, kiedy upadamy, bo nasze niewładne nogi odmawiają posłuszeństwa i uginają się pod ciężarem naszej niedoskonałości, bezradności i niemocy... wtedy bardzo często bez wahania i namysłu wyrzekamy się Jezusa trzy razy przed pianiem koguta, choć na co dzień swym postępowaniem zdawaliśmy się być gotowi za Nim pójść nawet do więzienia i na śmierć (Łk 22,33-34). Pragniemy chodzić po jeziorze niczym święty Piotr, ale - jak i on! - zlęknieni ruchem fal oraz zuchwałością wiatru (czyli przygnieceni trudnymi i bolesnymi doświadczeniami), przerażeni z powodu zagrożenia i bojaźliwi o własne bezpieczeństwo, wpadamy w panikę, topimy się w bezsilności i lamentujemy, szukając w Bogu ratunku lub obarczając Go winą za brak w nas prawdziwej wiary, nadziei i miłości - wtedy zdradzamy niemoc, będącą wynikiem barku w nas zaufania i efektem polegania na sobie, nie zaś na Chrystusie zapewniającym: "Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! (Mt 22,22-33).

Stopy są ucieleśnieniem - symbolem naszej woli, której, by zostać zbawionym i mieć udział z Jezusem, musimy się wyrzec na rzecz wypełniania woli Ojca Wszechmocnego.

To dla człowieka jest najtrudniejsze. Rezygnacja bowiem z własnej woli i przyjęcie pragnienia wypełniania woli Boga za oczywiste oraz jedyne nasze powołanie wiąże się z wyrzeczeniem się samego siebie, z odrzuceniem potrzeby realizowania swoich pragnień, pasji, dbania o rzeczy przyziemne będące marnością nad marnościami, z przyjęciem z hiobową pokorą wszystkiego, cokolwiek nas spotka, z dbaniem o chwałę i cześć Pana, nie zaś o wygodę i komfort czy o prestiż społeczny, z przyjęciem udziału z Chrystusem i w Chrystusie, czyli z akceptacją cierpienia, strat, bólu - z akceptacją naszej drogi krzyżowej, jeśli Bóg uzna to za konieczne.

Jezus pochylający się nad bosymi stopami, by je umyć, przygotowuje nas owym gestem do zdolności świadomego powiedzenia Ojcu Przedwiecznemu: "Jednak nie moja wola, lecz Twoja wola niech się stanie", nawet!, gdy kielich, który przyjdzie nam przyjąć z jakiegoś, Panu naszemu znanego tylko powodu, wyda nam się zbyt trudny do udźwignięcia. Owa ceremonia oczyszczenia jest zatem uwolnieniem człowieka od niego samego, od przyziemności i codzienności, od doczesnego bytu, od świata pokus i przyjemności. To akt przygotowania do wyprawy Drogą poprzez Prawdę w kierunku Życia.

W akcie Ostatniej Wieczerzy podają również z ust Zbawiciela - Nauczyciela słowa zachęty. Chrystus bowiem zwraca się do nas z przykazaniem, byśmy według danego nam przykładu tak czynili, jak On nam uczynił (J 13,13-16).

Niniejsze przykazanie nadmiernie i (w moim skromnym przekonaniu) nietrafnie bywa interpretowane przez kapłanów (wspominam tych, których kazania na ten temat nie są mi obce) zachęcających nas do służenia innym, ale służenia w kontekście czysto! ludzkich relacji, czyli pomagania komuś w trudnych momentach jego codzienności, angażowania się na płaszczyźnie przyziemnych konieczności i obowiązków - zadań mniej lub bardziej istotnych w celu poprawienia kondycji życia wspólnoty poprzez umacnianie więzi jej członków, dbania o jakość doczesności, jaką przyszło nam przejść w grupie pielgrzymujących do Królestwa Niebieskiego... I to nie jest niczym złym, ale…

Czy właśnie na tym zależało Jezusowi? Czy rzeczywiście mamy dbać o siebie wzajemnie tak troskliwie i z tak wielkim zaangażowaniem, by życie doczesne nie utraciło swojego animuszu?

Oczywiście, służenie nawet w kontekście czysto! ludzkim również jest częścią naszych obowiązków wynikających chociażby ze specyfiki naszej natury jaką winno być człowieczeństwo. Powołaniem jednak chrześcijanina nie jest tylko to, a przede wszystkim jest nim naśladowanie Chrystusa. Każdy z nas winien być (na wzór Jezusa!) żyjący w Bogu i dla Boga, na Jego chwałę i cześć, nie zaś tylko na pożytek swój lub wspólnoty, będący nierzadko uprzyjemnieniem doczesnej tułaczki. Każdy z nas (jak Chrystus!) winien świadomie i z pokorą wyrzec się samego siebie, by nie swoją wolę, a wolę Ojca Przedwiecznego wypełniać z ogromnym poświęceniem i oddaniem, nawet!, jeśli wymaga to cierpienia. Każdy z nas powinien dokładać wszelkich starań, by nie tylko głowę mieć czystą i ręce czyste, ale i nogi, to znaczy - musimy walczyć z pokusami i z grzechem, by mieć duszę nieskazitelną i nienaganną, czyli świętą, niczym białe prześcieradło, którym opasał się Jezus, bo tylko świadectwem swego postępowania - zalet i niezłomności wiary, nadziei i miłości - świadectwem podążania Drogą przez Prawdę ku Życiu będziemy mogli innych uwolnić od przywiązania do przyziemności - do bytu w czasoprzestrzeni. Osobistą umiejętnością chodzenia po jeziorze będziemy zdolni oczyścić innych, uwalniając ich od przywiązania do tego, co tu i teraz w materialno-zmysłowej otoczce doznań.

Jezus nawołuje nas, byśmy tak, jak On nam umył nogi, uwalniając nas owym czynem od naszej własnej woli na rzecz woli Boga Ojca Wszechmocnego, uwalniali innych świadectwem tejże wolności od ich uzależnienia od doczesnego życia, od przesadnego dbania o kondycję codzienności. Chrystus powołuje nas do tego, abyśmy mieli z Nim udział. Zatem za Jego przykładem, winniśmy się wyrzec samych siebie, z pokorą i zaufaniem przyjąć kielich tego, co jutro, by nie nasza wola, a wola Ojca Przedwiecznego się stała - zatriumfowała, a w tym wszystkim mamy być świadectwem wiary, nadziei i miłości oraz światłem, które wskaże Drogę innym, by w Imię Prawdy mieli Życie wieczne.

Tak!, jak Jezus był i jest naszym Nauczycielem, tak i my powinniśmy być nauczycielami, by ludzie nas podziwiali na chwałę Boga i poprzez naśladowanie nas, naśladowali w rzeczywistości Chrystusa - to wezwanie do świętości.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz